Przesłuchałam płytę Mariny Łuczenko „ Hardbeat". Nie ukrywam, że byłam ciekawa co zaprezentuje muzycznie i czy będzie to na miarę moich oczekiwań. Płyta nowoczesna, lekka, świeża, bez zbędnego napuszenia i ciśnienia. Można uznać to za dobry początek. Młoda wokalistka ma jeszcze czas by się w pełni rozwinąć. Zaczęła sensownie. Utwory mnie osobiście nie poruszyły, nie przykuły mojej uwagi, nie zachwyciły, nie oczarowały, ale są to kompozycje, które mogą się podobać zwłaszcza nastolatkom. Jedyne co mogło być zrobione lepiej to mastering bo jego jakość razi niedopracowaniem. Wokal za płaski, za bardzo jednowymiarowy , za mało w nim głębi i polotu. Wynika to głównie z ilości włożonych pieniędzy w produkcję, a widocznie Marina miała ich zbyt mało, by zabrzmiało to na światowym poziomie. Mimo wszystko to wartościowa postać na polskiej scenie, która z pewnością się nie podda i będzie pracować by wydawać coraz lepsze albumy.
Co do Mariny- Marina może być zakryta po samą szyję, a wyglądać będzie piekielnie apetycznie, natomiast niektórym nawet wywalone dupsko nie pomoże. Niektóre dziewczyny w zwykłych jeansach błyszczą sexappealem, a inne w najdroższych kreacjach od projektantów odstraszają.
Są takie, które nawet w tonie makijażu toną w deszczu plastiku, a są takie, które bez makijażu przyciągają wzrok.
